Poniżające, przygnębiające, przerażające, październikowe przejazdy zatłoczonymi autobusami warszawskimi. Każdy kto rano jeździ do pracy, szkoły, a po południu wraca do domu, wie o czym mówię. Uwłaczające godności człowieka sytuacje mają miejsce każdego dnia.

fot. Neurolink / pixabay.com

Zapchane autobusy w godzinach szczytu w Warszawie to standard. Jak na stolicę przystało, jest … fatalnie. ZTM zdaje się nie widzieć problemu, wszak zakładam, że gdyby decydenci widzieli, od razu by zadziałali… Hmm, wierzę w cuda, ale w ten akurat nie uwierzę. Bo to co obserwuję w komunikacji miejskiej, jest zatrważające. Pędzący za autobusem zatrzymującym się poza linią przystanku ludzie, pchają się jak szaleni, aby tylko się wcisnąć, za wszelką cenę wejść do i tak przepełnionego pojazdu. Nieważne że nie ma czym oddychać, nieważne że zostanie się poturbowanym łokciami i zdeptanym przez tuzin innych pasażerów, nieważne że taka jazda grozi omdleniem. A już najmniej ważna jest godność, w jakiej mamy prawo jeździć. Nie ma bowiem innego wyjścia, bo kolejny autobus może nie przyjechać, albo będzie jeszcze bardziej przepełniony. A praca nie poczeka…

W zamian za to ZTM karmi nas kampaniami społecznymi, jak „Kierunek życzliwość w komunikacji miejskiej”.

„Komfort użytkowników stołecznej komunikacji stale wzrasta” – pisze ZTM na swojej stronie. „Miasto sukcesywnie unowocześnia tabor. Wszystkie autobusy i pociągi są już w pełni niskopodłogowe, a pojazdy są wyposażone w klimatyzację, wyświetlacze i głosowe zapowiedzi przystanków, kontrastowe oznakowanie poręczy i krawędzi podestów czy pochylnie do wjazdu wózków inwalidzkich. (…) Pomimo tych wszystkich udogodnień jakość podróży zależy przede wszystkim od samych pasażerów.” – przekonuje ZTM, przerzucając poniekąd odpowiedzialność za złe warunki jazdy na pasażerów.

Ot. Sami sobie jesteście winni swojej frustracji – zdaje się mówić do nas ZTM.

Tymczasem frustracja ma prawo budzić się w ludziach, którzy po dwudziestu minuta czekania na opóźniony autobus, np. w deszczu (bo nowa „wiatka” choć designerska, pomieści góra garstkę osób), z ledwością wciskają się do przepełnionego dwukrotnie pojazdu, albo w ogóle nie udaje im się wsiąść i muszą czekać kolejne dwadzieścia minut na następny bus.

Niegodziwe warunki, w jakich w godzinach szczytu przychodzi jeździć pasażerom warszawskich autobusów, są problemem, który można usunąć. Trzeba chęci, organizacji, na pewno też środków na dodatkowe autobusy. Ale jest to realne, chociaż może kosztem rezygnacji z projektów, takich jak konkurs na zaprojektowanie głównego logotypu warszawskiego transportu publicznego w Warszawie, który kosztował 70 tys. zł (o czym chwali się ZTM w komunikacie prasowym).

A jak jest w innych miastach? Czy liczba taboru również nie jest dopasowana do potrzeb miasta?

Written by Magdalena Trusińska

5 komentarzy

świr rowerowy

A ja kicham na komunikację publiczną cały okrągły rok śmigam do roboty rowerem.
Coraz więcej moich znajomych przesiadło się na rowery. Taniej, szybciej i zdrowiej.

Reply
Hipochondryk

W Polsce popularne nie jest używanie maseczek na twarz jak to ma miejsce w Chinach lub Japonii.
Może warto byłoby.

Reply
Ella 195

Jakie to szczęście pracować blisko domu i nie korzystać z publicznej komunikacji .
Szczególnie jesienią, kiedy prawie każdy kicha, prycha a tysiące bakterii i wirusów krąży w środkach komunikacji.

Reply
Niezadowolony

Zgodzę się w całej rozciągłości – to co się dzieje „to jest ***a dramat” – cytując pewnego pana…

Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.